Reklama

fakty.wwl - Gazeta Powiatowa

Gazeta Powiatu Wołomińskiego Dwutygodnik, pismo bezpłatne Wołomin, Kobyłka, Zielonka, Radzymin, Marki, Klembów, Ząbki. Tłuszcz, Dąbrówka, Strachówka, Poświętne, Jadów

Jesteś tutaj:

Główna treść strony

Jestem po prostu Ulą

Data: 09.10.2019 r., godz. 11.00   
Rozmowa z mieszkanką Wołomina Urszulą Zajączkowską – botaniczką, poetką, muzykiem.
Edyta Nowak-Kokosza: W czerwcu została wydana Pani książka „Patyki, badyle”. Już zdążyła osiągnąć spory sukces. Kilka dni temu otrzymała tytuł Złotej Róży. Proszę przybliżyć tę nagrodę.

Urszula Zajączkowska: – Nagroda ta jest przyznawana przez Festiwal Nauki, Instytut Książki i miesięcznik „Nowe Książki”. Dotyczy ona jednej książki, wydanej w ostatnim roku, która czerpie z nauki, można powiedzieć – ją tłumaczy, popularyzuje i wyróżnia się „wybitną formą literacką” – jak pisze regulamin. Strasznie się wzruszam, że tak niesamowicie wysoko moją twórczość oceniono. Jak zobaczyłam książki zakwalifikowane do finału, to mnie poraziło, że na tym tle „Patyki” wygrały. A ja nawet nie wiedziałam o tym konkursie i o tym, że książka została zakwalifikowana do finału. Taka heca.
Wręczenie nagrody odbyło się na Uniwersytecie Warszawskim, po laudacji Pani Profesor Magdaleny Fikus – w której czytane były moje wiersze. Nagrodą jest też zaproszenie do wygłoszenia wykładu plenarnego za rok na festiwalu. Proszę sobie wyobrazić, co to oznacza dla takiego nadwrażliwego, zdziczałego dość botanika, jakim na pewno jestem ja.



„Patyki, badyle” to…

– Książka eseistyczna, poetycka o roślinach, o relacji ich z człowiekiem. Człowiek jest w tej książce bardzo ważny. Piszę też o powietrzu i świetle. To opowieści o umieraniu, o czasie. O czytaniu historii rośliny – z jej ciała, z jej kształtu korony, z jej słojów drewna. Opisuję też chwasty na ruinach Warszawy, ale i chwasty w Wołominie, podczas mojego nocnego szwendania się po mieście, co wciąż uskuteczniam.
To nie jest książka popularnonaukowa, bo ja w niej nie chcę nikogo uczyć, a bardziej dzielić się patrzeniem, pewną specyficzną moją wrażliwością, zdziwieniem, w pełnej świadomości własnej niemocy pełnego opisu. To świadomość niedoskonałości języka, a nie ma tu znaczenia czy jest to poezja, nauka, sztuka czy film.

12 października o godz. 17.00 w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Wołominie odbędzie się spotkanie autorskie.

– Bardzo się cieszę na to spotkanie, będzie ono dla mnie wyjątkowe, bo jest w Wołominie. Że zobaczę ludzi, których znam albo tylko widuję na mieście. I że nie będę musiała nigdzie dojeżdżać, a przyjdę na piechotę, że pogadam z ludźmi po przyjacielsku i będzie mi bardzo dobrze, bo właśnie jestem stąd. Jestem wzruszona, że spotkanie to wpisano do obchodów 70-lecia naszej biblioteki. Potężne wyróżnienie! Dziękuję!

Ile już spotkań autorskich przed i za Panią?

– Było ich już trochę, ale to naprawdę czysta przyjemność. Napracowałam się z książką, teraz już nie muszę. Czytałam na Festiwalu Olgi Tokarczuk „Góry Literatury” (fantastyczne miejsce!), kilka razy w Warszawie, na debacie „Tygodnika Powszechnego”, na Festiwalu Literacka Gdynia, zaraz będę w Olsztynie i na Conrad Festival w Krakowie, potem na Kongresie Polonistyki w Poznaniu i blisko tu – w Pałacu w Chrzęsnem też, potem w lutym znowu Gdynia, Warszawa… piękny czas. Lubię spotykać się z ludźmi, słuchać ich, wzruszać się, że przeczytali książkę, lubię słuchać ich refleksji, potem chodzić z nimi na winko i chichrać się do bólu brzucha albo dyskutować na poważnie, zaprzyjaźniać się.

To nie jedyna w ostatnim czasie publikacja. Niedawno odbyła się premiera książki „Każdemu jego śmietnik”, do której napisała Pani rozdział.

– Napisałam tam o dźwięku jak o śmieciu, czyli o tym niechcianym i o bezradności człowieka do zatrzymania go. Bo dźwięk bije w ucho, a tam kosteczki nasze poruszają się jak błona bębenkowa zadrży. My nie możemy tego zablokować, tak jak obraz możemy skończyć, zamykając oczy. Zatykanie uszu palcami średnio się udaje. I tak zaśmiecamy przestrzeń hałasem, całkiem bez szacunku wobec innych: ptaków, ludzi, jeży, motyli, kotów… Pamiętam rozmowę z pomysłodawcami książki – Moniką Sznajderman i Andrzejem Stasiukiem – mówili mi, że z tych nieoczywistości jeszcze zaśmiecanie atmosfery światłem jest równie straszne i że ich, na tej dziczy, w której żyją – doprowadza to do szału. Potem zjedliśmy chleb z dżemem i poszliśmy na ich cichą łąkę, gdzie rozpoznawałam im gatunki roślin. Ta łąka dała mi potem dużo do myślenia.

Nieustannie pisze pani felietony i wiersze…

– Wciąż jeszcze mam wiele energii, mimo systemu w nauce, który opiera się na przemocy, na wymuszaniu ze mnie tytanicznej pracy i publikowaniu wyników z regularnością pracy na taśmie. Po prostu wstrzymuję się w stanie marzycielstwa.
Piszę prace naukowe, które publikuję, udostępniając je światu. Ostatnio o powietrzu, jak działa na łodygi skrzypu. To praca wspólna z kolegami z Instytutu Lotnictwa. Pokazaliśmy kolorami wiry powietrza. Jak to pięknie wygląda! Takie supły wichrów szarpiące roślinę! Więc marzę sobie i jako żywo pieprzę przymus i kontrolę. Tak żyję.
Doznaję radości, patrząc na rośliny, badam je i opisuję. Ciężka to czasem praca, ale daje moc wdzięczności, a to bardzo ważne dla tych pod opieką kardiologiczną. Że jest dobro i że jest też ono dla mnie.

Największe dotychczasowe wyróżnienie?

– Moim największym wyróżnieniem jest moja córka. Bo jest. Patrzę, jak rośnie. Towarzyszę jej w tym poznawaniu świata jak umiem. Staram się być blisko. Jak jest smutna, to niech będzie. Przytulę. Nie będę wciskać jej bzdur, że to nieważne. Przecież nie może być to nieważne, kiedy ona płacze. Jak jest radosna, cieszę się z nią i wariuję, np. tańczymy i wygłupiamy się. Chodzimy do lasu, uczę ją roślin, a wieczorami rżniemy na PlayStation.
Jest to człowiek dobry i piękny. I wcale nie dlatego, że to ja jestem jej matką. Taka ta Hanka jest.

Jest Pani bardziej botaniczką czy poetką? A może jeszcze bardziej muzykiem i artystką?

– Jestem po prostu Ulą. Mam wrażenie, że jestem dokładnie taka sama, jaka byłam, mając 5 lat. Porywa mnie nauka, znikam, grając na flecie. Lubię pisać i uczyć się pisania. Teraz kocham się w fotografii analogowej.
I wiem, że niczego nie mam za darmo. Mam ogromną wdzięczność dla tych ludzi, których spotkałam na swojej drodze, którzy mi wiele pomogli, zaufali, otworzyli swoje drzwi pełni wiary, że akurat ja naprawdę coś mogę, a są to: prof. Leokadia Witkowska-Żuk, prof. Peter Barlow, prof. Sherwin Carlquist, prof. Sven Olof-Lunquist, prof. Adam Poprawa, Anna Laskowska, Zosia Król, Dawid Jung, Adam Pluszka. I oczywiście moi staruszkowie – Mama i Tatko! Najlepsi!